Start      BLOG      Archiwum Blogów (Wolontariat w Indiach)
Wydrukuj tę stronęDodaj do ulubionych
......................

skibicka 10.6845 Normal 0 21 MicrosoftInternetExplorer4

Zapis mojego pierwszego samotnego wyjazdu poza Europę, by spełnić wielkie marzenie- zobaczyć Indie i pracować jako wolontariusz w małej wiosce na południu kraju. To niewątpliwie jedna z przygód życia.

Sobota, 30 czerwca 2007
 

Sam nie wiem jeszcze, co napisać. Jestem w innym świecie i na razie chłonę wszystko, co jest dookoła jak gąbka. Od samego momentu, kiedy wysiadłem z samolotu i wciągnąłem powietrze wiedziałem, że wszystko będzie inaczej niż w Polsce. Jest pora monusu, czyli deszczowa. Powietrze jest niezwykle ciężkie, na początku nawet trudne do wdychania ( za każdym wdechem czuje się 2 kilo cięższy:), ale szybko można się przyzwyczaić.

Na początek miałem kilka godzin w Bombaju ( Mumbai ) wiec pojechałem do miasta ( cały czas monsunowy deszcz!). To jak ludzie tu żyją jest niesamowite. Centrum jest oczywiście bogate i pełne (głównie kolonialnych ) pięknych budynków, ale kilkaset metrów dalej zaczyna się prawdziwe miasto wypełnione bieda (16 milionów ludzi! ). Nie mam zdjęć z powodu pogody, ale przed powrotem będę miął tam jeszcze półtora dnia, więc na pewno zrobię mnóstwo.

Z Bombaju poleciałem na południowy wschód do Hyderabad gdzie czekał na mnie pastor Ratnam i jeden chłopiec z sierocińca oraz kilku ich przyjaciół. Spędziliśmy w miesicie noc, prawie cały czas rozmawiając ( resztę czasu próbowałem usnąć przy pracujących nad moja głową dwóch starych wiatrakach). Rano wsieliśmy w pociąg i pojechali do Guntur ( kolejne 400km na pd wschód).

Sierociniec położony jest przy wsi ( nazwy nie potrafię zapamiętać), która ma około 5000 mieszkańców. Jestem tu wielka atrakcja ( zresztą już w pociągu byłem:), jedynym białym od długiego czasu, a zapewne jednym z niewielu w ogóle. W sierocińcu przywitały mnie dzieci. Śpiewały piosenki, obsypali mnie kwiatami...

Mamy 36 dzieci od 6 do 19 lat. Uczę ich angielskiego i muzyki (podstaw) codziennie będziemy mieli półtorej godziny rano i wieczorem- pozostały czas dzieci są w szkole. Wtedy razem z pastorem mamy odwiedzać rodziny ( miedzy innymi pomagać chorym na AIDS) mamy tez jechać zobaczyć rejony zniszczone przez Tsunami ( to tylko 20km stad ).

Dzieci są wspaniale, bardzo mi pomagają. Tak naprawdę często czuje się nieswojo, nie wiem, co powiedzieć, cały czas chcą dawać mi lepsze jedzenie, zawsze przynoszą krzesło żebym usiadł ( do tego dochodzą tradycje- kobiety, od 15 roku życia nie jedzą z mężczyznami, ale podają im jedzenie). Apropos jedzenia- jemy 3 razy dziennie ryż. Jemy palcami - w dodatku tylko prawej ręki ( lewa nie dotyka się jedzenia), proponowano mi oczywiście łyżkę, ale zależy mi na tym, żeby nie separować się od nich w żaden sposób ( swoja droga to całkiem przyjemne jeść palcami!).

Będę starał się pisać raz na dwa, trzy dni. Na razie kończę. Łandanamelu !(dziekuję)

Wtorek, 03 lipca 2007

W niedziele mięliśmy nabożeństwo. Przyszło ponad 300 osób z okolicznych wsi. Misja nazywa się ewangelicka, ale z tego, co widzę nie ma to wiele wspólnego z Ewangelikami. Jak powiedziała Sunnita ( przemiła żona pastora Ratnama ) - ,,chcieliśmy głosić ewangelię wiec nazwaliśmy to ewangelicka”. Ich wiara jest dość ,,uproszczona”, ale bardzo szczera . Nabożeństwo wygląda tak, że ludzie prawie cały czas śpiewają i robią dużo hałasu ( bębny- tutaj moja rola , różne grzechotki i inne hałaśliwe instrumenty). Wszyscy są bardzo ciekawi, co tu robię, skąd przyjechałem, proszą żebym cos opowiedział.

Po spotkaniu przybyli dostali obiad- w ramach projektu,,love melas”. Poproszono mnie o rozdawanie ryżu, żeby każdy z nich mógł zobaczyć mnie z bliska! Dzieci cały czas mi pomagają, pokazują, co robić, zapraszają do zabawy.
 

Środa, 04 lipca 2007

Dzisiaj odwiedziliśmy kobietę umierającą na AIDS ( jej rodzina prosiła o spotkanie z pastorem). W wioskach HIV rozprzestrzenia się bardzo szybko i jest wielkim problemem. Oczywiście wszystkiemu winna jest bieda- kobiety z niższych kast prostytuują w domach bogatych mieszkańców z wyższych kast. Rząd indyjski raz na pół roku prowadzi akcje prewencyjne ( informacja i prezerwatywy), ale to kropla w morzu potrzeb.

Kasty- podział w społeczeństwie jest bardzo silny. Wczoraj pisałem o Nietykalnych, ale niedaleko są też domy ludzi z wysokich kast. Nie można przejść obok nich w butach- należy je zdjąć i podnosząc do góry, przejść bosa noga. W obliczu tego wielkie znaczenie maja niedzielne,,love meals", pastorowi udało się stworzyć miejsce gdzie ludzie z rożnych kast potrafią siedzieć obok siebie i wspólnie jeść to samo jedzenie.
 
 
 
 

Czwartek, 05 lipca 2007
 

Pogoda jest wspaniała. Monsun idzie z zachodu na wschód i do nas jeszcze nie dotarł. W południe jest gorąco, ale wieje przyjemny, kojący wiatr. Nie było jeszcze ani kropli deszczu. Zawsze jemy na powietrzu. Do tego w domach, cały czas, przez który mamy prąd (co trochę go wyłączają na kilka godzin), pracują wiatraki.

Jestem tu już prawie tydzień. Codziennie wstaje o 6 rano- do 8 30 mam zajęcia z angielskiego, potem śniadanko i dzieciaki idą do szkoły. Po posiłku siadam z młodzieżą ( 5 osób, które maja 17 i 19 lat ) i robimy ćwiczenia z bardziej zaawansowanego angielskiego. Potem nauka obsługi komputera i wolny czas ( czasem jeździmy do okolicznych wiosek, albo w ciekawe miejsca- przedwczoraj byliśmy nad rzeką Kryszna). Obiad i duża drzemka. O 17 wracają dzieci, wiec gramy trochę w siatkę i piłkę nożną, a potem siadamy do nauki gry na instrumentach (z przerwa na kolacje o 19) I ćwiczymy do 21. Wieczorem pastor i Sunnita pokazują mi zdjęcia, opowiadają o swojej pracy, uczę ich obsługi komputera. Kończymy po północy. W sumie dzień jest pełny, ale w tym wszystkim jest dużo spokoju, nigdzie się nie spieszymy, ciągle jemy świeże owoce, pijemy indyjska herbatę ( a no właśnie- tutaj gotują herbatę z mlekiem i dużą ilością cukru – dwie szklanki wody, jedna mleka, dwie łyżki herbaty, cztery cukru- wszystko gotowane przez 5 – 10 minut. Jest naprawdę świetna, smakuje zupełnie inaczej niż angielska herbata ze świeżym mlekiem!). Nikt tu na nikogo nie krzyczy, dzieci się nie bija, nie wrzeszczą… chociaż oczywiście każdy zna swoje miejsce- kobiety gotują, noszą wodę, podają jedzenie ( zwykle nie jędza z nami nawet dziewczyny powyżej 15 roku życia),  mężczyźni siedzą, rozmawiają, jeżdżą po zakupy. Mimo, ze jestem niewyspany, czuje ze mam wakacje i wypoczywam.
 

Sobota, 07 lipca 2007

Choroba podróżnych- bóle brzucha i podobne problemy związane ze zmiana flory bakteryjnej w jelitach (miedzy innymi przez zmianę klimatu) dopadły mnie przedwczoraj wieczorem. Cały wczorajszy dzień przeleżałem w łóżku. Lekarz ostrzegał mnie przed wyjazdem, że tak będzie, wiec wziąłem ze sobą kilka pudełek węgła i krople żołądkowe. Miałem nadzieje, ze mi się upiecze, ale po tygodniu przyszło. Teraz po 48 godzinach jest już prawie ok, jestem trochę osłabiony, ale prowadziłem normalnie zajęcia.

 
 
 

Niedziela, 08 lipca 2007

Jestem jeszcze trochę osłabiony, ale czuje się znacznie lepiej. Dzisiaj znowu niedzielne spotkanie w sierocińcu, a potem w wiosce Nietykalnych. Wieczorem wszyscy oglądali wspólnie filmy- a konkretnie jeden film o słoniach (z bardzo prostym religijnym morałem ), a potem kawałek ,,Gnijącej Panny młodej". Z tego drugiego nie rozumieli słowa, ani fabuły, ale śmiali się cały czas! Śpiewające diabły ( tak nazwali główna bohaterkę filmu)!

Dzieci cieszą się z tak prostych rzeczy! Bawią się w gry, które znam z opowieści rodziców ( Np.: toczenie koła kijem), a przy tym, tak jak pisałem, nie ma w nich w ogóle agresji. Nie bija się, nie sprzeczają. W tej prostocie jest cos pięknego.

Widzę, że pastorowi cały czas brakuje pieniędzy, z 36 dzieci, 16 wciąż nie ma sponsorów. Utrzymanie jednego podopiecznego kosztuje niecałe 20 dolarów miesięcznie. Każdy może ,,adoptować" jedno z nich. Polega to na tym, ze trzeba zobowiązać się do wysyłania pieniędzy i wybrać konkretne dziecko. Z tego, co widzę sponsorzy maja dobry kontakt ze swoimi "dzieciakami". Pisza miale, listy, wysyłają czasem paczki. Sunnita, także miała swojego sponsora jak była dziewczynka i cały czas do siebie piszą ( Liz z USA ).

17 latkowie zaczynają w tym miesiącu studia. To kolejny finansowy problem, bo nauka kosztuje, a chrześcijanin nie może dostać stypendium! Pisałem już kilka słów o kastach, ale w rozmowach wychodzi coraz więcej. Kast są tu setki. Każdy dostaje certyfikat poświadczający, do której należy. Przy zdawaniu na studia, czy ubieganiu o prace jest to bardzo ważne. Chrześcijanie to BC"C" czyli Backward Classes Christians. BCC nie dostają stypendiów, nie awansują ( albo z trudem ) i  o wiele trudniej jest im o prace. Mimo, to wyznawców jest w tym regionie stosunkowo dużo. Stanowią bardzo zżytą wspólnotę i pomagają sobie. Do naszego sierocińca,,w kolejce" jest przynajmniej kolejne 35 dzieci, a pastor Ratnam, mówi, ze gdyby byle pieniądze przyjąłby ponad 100. Jest na to wielkie zapotrzebowanie. Przygotowujemy listę rzeczy potrzebnych w sierocińcu, po powrocie do Polski może uda mi się znaleźć kilka osób, chętnych pomoc tym dzieciom.

Wszystkie dzieci uczą się bardzo dużo. Od 9 do 17 są w szkole a potem przynajmniej 2 godziny odrabiają lekcje (często kończą jeszcze rano). Oprócz przedmiotów takich jak matematyka czy biologia maja tez dwa języki poza Telugu, język Hindi i angielski- każdy z nich ma inny alfabet.

Właśnie odcięli nam prąd i komputer pracuje na baterii, wiec zdjęcia wrzucę jutro rano.

Poniedziałek, 09 lipca 2007

Mięso! Wczoraj pierwszy raz od tygodnia jadłem mięso! Pochodziło z bawołu, wiec mam nikomu nie mówić, bo to jedzenie najniższych kast! Tutejsi ludzie z mięsa jedzą tylko kurczaka, pozostałe zwierzęta uznawane są za nieczyste, lub są czczone jako bogowie, wiec nie można ich jeść ( mleko, które tu pije też jest bawole).

Zabawne- kiedy napisałem Anecie, ze jem 3 razy dziennie ryz z warzywami, to zapytała,,Skąd Ty bierzesz sile?". Jak powiedziałem pastorowi, ze w Polsce jemy gorący posiłek raz, ewentualnie dwa razy dziennie i to prawie zawsze mięso zapytał ,,To skąd bierzecie siłę?"

Przed przyjazdem tutaj obawiałem się nieco jak będzie wyglądać wiara tych ludzi i nastawienie pastora. Balem się, ze wpakuje się w chrzczenie na siłę hinduskich dzieci. Jest zupełnie inaczej! Ratnam chrzci tylko osoby, które tego chcą, i są do tego dojrzale. Żadne z dzieci w sierocińcu nie jest ochrzczone! Wiele z nich pochodzi z rodzin Hindi, z różnych kast, ale wszystkie są na równi  w ośrodku. Wszystkie uczestniczą w modlitwach i widzę, ze w większości wierzą, ale nie są do niczego przymuszane.

Co prawda nie ma tu słoni, ale okazało się ze mamy w okolicy trochę ,,dzikich zwierząt..."

Środa, 11 lipca 2007
 

Lekcje angielskiego idą dość powoli- uczenie grupy wieku 6-19lat z ogromna rozpiętością wiedzy jest prawie niemożliwe. Umiejętności tych dzieciaków są bardzo wybrakowane,  jak zapytam o konkretne rzeczy to znają dużo słówek( mam kilkadziesiąt kart z rożnymi obrazkami do nauki języka i większość dzieci potrafiła je nazwać) i często mnie zaskakują trudnym słówkiem, ale nie potrafią sklecić zdania w present simple. Zresztą tutaj to jest chyba szczyt możliwości. Mimo, iż dużo rozmawiam z pastorem to większość rzeczy tłumacze przy użyciu czasu teraźniejszego prostego i określeń czasu ( I go to shop tommorow ). Z tego, co widzę, dzieci tu uczą się w szkole mnóstwo słówek i wierszyków ( często skomplikowanych), ale w ogóle nie mówią.

Tak wiec budujemy powoli te zdanka w ps i pc, troszkę w czasie przeszłym i jakoś to idzie. Po śniadaniu siadam z młodzieżą i mamy zajęcia trochę bardziej zaawansowane. Tu jest przyjemniej, używamy podręczników i xerowek, które przywiozłem. No, ale tu pojawiają się nowe przeszkody. Nasze książki są tak bardzo zachodnie! Na przykład, pierwsza strona, ćwiczenie- dopasuj obrazek do angielskiego słówka- MacDonalds, ski, hamburger, hot-dog, gameboy... oni nie maja pojęcia co to jest! Co trochę pojawiają się rzeczy, które są dla nas tak oczywiste, a dla nich zupełnie obce. Co to jest spaghetti? No i oczywiście nasze książki są pełne historyjek typu ,,Piotr and his new girlfriend" ( ile smiechu!!! )

Niedziela, 15 lipca 2007

Nie pisałem przez trzy dni, bo nie było czasu. A zdążyło się dużo ciekawych rzeczy! Lecąc z Helsinek do Mumbaju poznałem chłopaka, który udawał się do Indii w sprawach biznesowych, ale miał też tydzień na zwiedzanie. Linus jest Szwedem ma 29 lat. Mieliśmy mnóstwo czasu na rozmowy ( mimo, że oglądałem Bollywodzkie filmy przez cala drogeJ ) więc oczywiście opowiedziałem gdzie lecę. Linus zadeklarował, ze może nas odwiedzi. I tak zrobił! Napisał smsa, czy może wpaść i przyjechał na dwie noce. Bardzo interesująca wizyta. Oprócz tego, ze byliśmy u Nietykalnych i zostali zaproszeni, do wszystkich chatek po kolej, spędzili wspaniale sobotnie przedpołudnie kąpiąc się z dzieciakami w Krysznie, to dużo rozmawialiśmy.

Te dwa dni pozwoliły mi się trochę zdystansować i popatrzeć na tutejszych ludzi z perspektywy. Będąc tu nasuwa się bardzo wiele pytań o wolontariat, o rozwój cywilizacyjny, o to, do czego dążymy. Obaj mamy takie samo odczucie- nigdy nie widzieliśmy tak prymitywnego życia, jak u Nietykalnych, nigdy nie mieszkali w sierocińcu z dziećmi żyjącymi w tak prostych warunkach. Ale nigdy tez nie widzieliśmy tak uśmiechniętych ludzi, dzieci żyjących ze sobą w takiej zgodzie, tak ufnych i potrafiących się cieszyć z najprostszych rzeczy. Czy nie jest to właśnie to, do czego darzymy spędzając lata na uczelniach, w pracy? Jaki powinien być cel mojego przyjazdu? Co warto przekazywać, czego uczyć, a czego nie dotykać?   (właśnie mamy przerwę w dostawie energii, komputer pracuje na baterii. W nocy zdarza się wyłączenie na kilka minut, ale w ciągu dnia miedzy 6 a 11, a potem miedzy 16 a 18 nie ma prądu. Nie byłoby to wielki problem, gdyby nie to,  ze nie działają wiatraki, które są na w każdym pomieszczeniu- nawet w wielu glinianych chatkach. Po trzech minutach od wyłączenia wiatraka jestem cały mokry )  

Wiara tych ludzi jest tak prosta i... cóż, „nieco” naiwna. Na niedzielnych nabożeństwach ludzie publicznie opowiadają o cudach, jakie dokonał Jezus. Mamy tu wielu osób, którzy mówią o uzdrowieniach poważnych chorób ( wielu w ten sposób się nawróciło- przez długo nie mogły się wyleczyć, a po uwierzeniu w Chrystusa, twierdza, że wyzdrowieli. Nie jestem pewien, co o tym myśleć). Większość jednak to wyznania typu,,uciekł mi bawół i jak się pomodliłam to się znalazł. Mała jest też wiedza o teorii wiary, historii ( trudno mi wytłumaczyć pastorowi, ze bohaterowie Starego Testamentu nie byli chrześcijanami). Czy warto kwestionować niektóre elementy ich wiary? Czy warto im mieszać w głowach? Ten temat, na razie odkładam- chciałbym przygotować o tym osobny dłuższy tekst, ale musze zrobić dokładny wywiad z pastorem o tym, w co wierzy i jak wyglądają wspólnoty chrześcijańskie w Indiach. Nasuwa się stare pytanie, czy lepiej być nieszczęśliwym i mądrym czy szczęśliwym i ... ( nie chce pisać głupim, bo to nie pasuje do tych ludzi). 

Wczoraj,,ufundowaliśmy” z Linusem wycieczkę nad rzekę Kryszne ( była w planie, ale postanowiliśmy ją opłacić, kosztowało to kilkanaście złotych  ). On zapłacił za traktor, a ja za ciastka i owoce. Bawiliśmy się świetnie! Na początku nie wiedzieliśmy czy możemy się kąpać, (bakterie?), ale dzieciaki były strasznie szczęśliwe ( wszyscy kapali się w pełnych strojach), a woda przezroczysta, wiec nie mogliśmy się oprzeć, żeby popływać z nimi. W drodze powrotnej zjedliśmy obiad w domu rodziców pastora Ratnama.

 Wczoraj wieczorem, kiedy Linus pojechał, zdążyło się cos niesamowitego. Dzieci płakały- naprawdę płakały, przez prawie godzinę! On był tutaj tylko dwa dni, a one tak go polubiły. Sunnita mówiła mi, że po moim wyjeździe dzieci będą przez tydzień płakać, ale traktowałem to jako mile komplementy. Teraz widzę, ze tak po prostu będzie! Jakoś smutniej się zrobiło. Bardzo się do nich przywiązałem. Mam jeszcze 9 dni. 

Poniedziałek, 16 lipca 2007

Kolejny interesujący dzień! Zacząłem jak zwykle lekcja angielskiego, ale po śniadaniu wsiedliśmy z pastorem na motocykl i pojechali nad zobaczyć ocean. Jechaliśmy ponad godzinę. Wszystko tu jest interesujące, inne, pociągające.  Po drodze odwiedziliśmy przyjaciela Ratnama, który tez jest pastorem. Mieszka w rejonie zniszczonym przez Tsunami z 2003 roku. Porozmawialiśmy trochę i dostali obiad. Ale jaki obiad! Krewetki, na ostro i nieprzyprawione, dwa rodzaje ryby i do tego coś, co opisali jako larwy ryb. Oczywiście wszystko z ryżem, jedzone palcami. Przepyszne!!! 

Byliśmy w krewetkami, gdzie kobiety siedzą i obierają krewetki. Spędziliśmy trochę czasu w porcie podglądając prace rybaków. Wynajęliśmy łódkę, żeby wypłynąć na morze, ale niestety pastor po 5 minutach spanikował (fale) i musieliśmy zawrócić.

 W drodze powrotnej polowe czasu ja prowadziłem- nie pisałem chyba, ale w wolnych chwilach uczę się jeździć na motorze. Na początku nie było to komfortowe, ale teraz widzę, ze jest to świetny sposób na zwiedzanie! Linus w Goa i Hyderabad wypożyczał motocykl za 10zl dziennie! Tak, wiec wyrobienie prawa jazdy na motocykl, może być świetnym pomysłem przed wybraniem się na rok w bok poza Europe. Postaram się o to zadbać we wrześniu! 

Ta notka, nie jest najdłuższa, mimo, ze dzień był jednym z najciekawszych. Jednak to wszystko po prostu trzeba zobaczyć, nie da się opisać.

Środa, 18 lipca 2007

Wczoraj oglądałem kasetę ze ślubu pastora i Sunnity. Oni zobaczyli się pierwszy raz na oczy na ceremonii! ( po której każdy wraca do siebie, dopiero potem mieszkają razem ). Były zaręczyny, ale uczestniczyli w nich tylko rodzice. Podczas pobytu Linusa poruszaliśmy w rozmowach z Ratnamem, trochę tematów związanych z poznawaniem się młodych i dowiedziałem się sporo ciekawych rzeczy. Nie ma tutaj czegoś takiego jak chodzenie ze sobą. Po prostu nie istnieje, młodzi są karani w szkole i przez rodziców za zachowania typu chodzenie za rękę, czy całowanie. Warto napisać, że możemy nastolatków na tych do 15 od powyżej 15 roku życia. Dziewczyny stają się wtedy młodymi kobietami i nie wolno im już bardzo wielu rzeczy.

Mamy to 4 takie dziewczyny i widać wielka różnice w stosunku do pozostałych. Po pierwsze w ubiorze, bo o ile dzieciaki chodzą w mundurkach ( dla dziewczyn spódniczki ) to one nie mogą pokazywać nóg wiec na ogol zakładają Panjabi - spodnie i długą tunika, a do tego szal. Sari zwykle przeznaczone jest dla zamężnych, na szczególne okazje noszą półsari. Tych dziewczyn nie można praktycznie dotykać. Jednego wieczora podopieczni pastora pokazywali różne tańce i poprosili mnie o pokazanie jakiegoś europejskiego tańca. No i oczywiście nie mogłem nauczyć walca nikogo powyżej 15 lat, bo nie mogę złapać dziewczyny za rękę ( Sunnita twierdzi, ze za fizyczny kontakt, można nawet trafić do więzienia ).

Te dziewczyny już pomagają w kuchni i domowych czynnościach i widać, ze są przygotowywane do dorosłego życia. A chłopcy...z tego co widzę chłopcy zostają chłopcami ( dziewczyny uczą się jak im ułatwić życie w małżeństwie ). Sunnitta mówi, ze dla mężczyzny małżeństwo jest momentem wejścia w dorosłość, ale powiedzmy sobie szczerze, ze pastor ( i inni, których spotkałem) bez żony by sobie  jednego dnia nie poradził.

Aranżowane małżeństwa to jeden z powodów, dlaczego istnieje tu wciąż system kastowy. Kasty się nie mieszają, bo rodzice wybierają zwykle osoby z tej samej grupy społecznej. Przekonywałem do racji naszego systemu opartego na wolnym wyborze, ale częsta odpowiedz to po prostu,,tu jest taka tradycja".

To jest temat rzeka, dokończę następnym razem. Jeszcze tylko jedno. Dziwiłem, się, ze dzieci tutaj uczą się potwornych ilości materiału na pamięć ( więcej niż u nas ). Np z angielskiego umieją mnóstwo słówek, ale nie potrafią ich nigdzie zastosować. Okazało się, ze tutaj w jednej klasie może być nawet 200 osób! Na raz, w dużej sali, na podłodze. Nie ma miejsca na dyskusje, przemyślenia. Można tylko sprawdzać ilość zapamiętanych informacji.

Czwartek, 19 lipca 2007

Rozrysowałem i wytłumaczyłem pastorowi skrócona historie kościoła i postarałem się wytłumaczyć, dlaczego twierdze, ze w Starym Testamencie nie było chrześcijan. O żydach albo nie wiedział, ale nie zdawał sobie sprawy, ze nie wierzą w Jezusa. Kręcąc głową mówił,,to bardzo niedobrze, ze oni wtedy nie uwierzyli...". Odkryciem było tez to, ze papież nie jest przywódca wszystkich chrześcijan i, że niektóre kościoły uznają rozwody. Jestem w stanie zrozumieć, ze uczę angielskiego i obsługi komputera. Ale, ze uczyć pastora ( po dwuletnich studiach biblijnych ) takich rzeczy...

Przez ostatnie trzy godziny przygotowywałem materialny informacyjne o sponsorowaniu dzieci z sierocińca.  W kolejce jest ich 16.

Sponsoring, czy adopcja serca, polega na tym, ze zobowiązuje się do przekazywania na rzecz utrzymania dziecka 50-60zl miesięcznie. Starcza to tutaj na praktycznie wszystko. Szukamy sponsorów konkretnych dzieci, co oznacza, ze osoby adoptujące wiedza, kogo wspierają i zwykle maja z nim/nią bardzo dobry kontakt. Można pisać maile, wysyłać zdjęcia, pisać zwykle listy.

Przygotowałem tez z pastorem listę potrzebnych rzeczy. Tutaj naprawdę każdy grosz się liczy. Postanowiłem kupić coś dzieciakom przed wyjazdem i stanęło na klapkach ( czy może raczej plastikowych skandalach, których wszyscy używają jako buty). Kupno 36 par, kosztowało 35zl! Ale potrzeb jest wiele- od środków czystości, przez pralkę ( nie ma ani jednej ) po bawoły czy autoryksze.

Odwiedzamy domy we wsi. Podobno wiele osób wierzy, że biały człowiek odwiedzający mieszkanie to wielkie błogosławieństwo. Niestety, ludzie wyobrażają sobie, ze wszyscy biali przywożą tu worki pieniędzy ( wczoraj jedna rodzina poprosiła żebym kupił im jeepa!). W zeszłym tygodniu odwiedzaliśmy ciężarna kobietę, w tym tygodniu urodziła. Miała być córką, ale urodził się chłopak. Dano mu na imię...Michael. :)

Czasem jednak zapominam, ze naprawdę mam relatywnie bardzo dużo pieniędzy. Będąc u Nietykalnych z Linusem, tubylcy prosili go, żebym pomógł im znaleźć pieniądze na budowę ,,kościoła i szkoły" ( znaczy dużej chaty ). Oczywiście powiedzieliśmy, ze nie mamy pieniędzy na budowę szkoły. Ktoś uświadomił mnie potem, ze mój aparat fotograficzny kosztował tyle ile oni potrzebują na ten budynek (około 300 dolarow).

Czas spać, za 6 godzin zaczynam lekcje angielskiego!

Sobota, 21 lipca 2007

Kilka dni temu grając w ,,Kabadi, kabadi" rozbiłem sobie palec u nogi ( dzieciaki w to grają cały czas, to coś pomiędzy dwoma ogniami a ganianym :). Rana nie goiła się dwa dni, wiec przyszedł doktor i dal mi zastrzyk. To bardzo zabawna sprawa- mamy tutaj doktora, a raczej osobę, która ma trochę lęków i mniej więcej wie jak je podawać. Znachor bardziej niż doktor. W każdym razie on na wszystko ma zastrzyk. Zastrzyk na przeziębienie, na katar, na ból brzucha. Podobno, tak wszyscy tu robią. Pytał się czy mamy może w Polsce lek na AIDS...

Poznałem kilka nowych zwierząt. Właśnie przed chwila dziewczyny znalazły przed domem skorpiona (wielkości dłoni, podobno malutki). Wczoraj mieliśmy obławę na węże, bo przy toaletach wieczorem Ramesh ( brat pastora) znalazł i zabił kobrę ( waz wielkości zaskrońca, ale jadowity ). Zaczęły się poszukiwania czy pośród drzew nie ma więcej węzy. Pastor wyciął nawet dwa bananowce, ale nic nie znalazł.

Wszyscy czują już, ze mój pobyt zbliża się do końca. We wtorek dzieciaki nie pójdą do szkoły, żebyśmy mogli cały dzień spędzić razem. Kupiłem bilet na pociąg do Hyderabad ( pociąg nocny, kuszetka - 8zl ) 

Przygotowaliśmy ( a raczej pokazywałem pastorowi jak to się robi) ulotkę informacyjna o sierocińcu i broszurę dotycząca adopcji serca/sponsorowania dzieci. Niestety musimy to robić nocą, bo przez większość czasu, który mam wolny nie ma prądu. W tej chwili w ciągu dnia jest tylko o 13 do 15. 

Poniedziałek, 30 lipca 2007

Jestem już w domu, cały, ale nie do końca zdrowy. Okazało się, ze palec, który uszkodziłem kilka dni temu był zraniony dość głęboko i chirurg musiał mi go zaszyć.

Niedziela upłynęła na pożegnaniach z wiernymi po nabożeństwie i zabawach z dzieciakami, a poniedziałek minął dość standardowo. Wtorek – mój dzień wyjazdu był za to wyjątkowy. Dzieci zostały zwolnione ze szkoły, więc mieliśmy dla siebie cały czas. Postanowiliśmy pozwolić sobie na sen, aż do ósmej rano i zacząć ostatnią lekcje angielskiego po śniadaniu. Zleciało bardzo szybko. Następnie, na chwile pojechałem pożegnać się z Niedotykalnymi (dowiedziałem się, że tak się to powinno tłumaczyć).

W południe zebrała się rada okolicznych pastorów, żeby podziękować za moja prace i zamienić ostatnie kilka słów. Było bardzo miło. Po tym wydarzeniu wszyscy zjedliśmy uroczysty obiad z kurczakiem jako danie główne ( oczywiście w postaci sosu do ryżu:). Od 17 zaczęło się już oczekiwanie na mój wyjazd, dzieci płakały jak bobry! Żeby je trochę uspokoić zagraliśmy ostatni raz w Kabadi, ( na czym znowu ucierpiał trochę mój palec) poczym zjedliśmy kolacje. Pożegnań i miłych słów nie było końca.

Pociąg miał przyjechać, o 21, ale spóźnił się godzinę (jak w Polsce!). Na małym łóżku pod sufitem musiałem zmieścić się z moimi dwoma plecakami, ale jakoś się udało i nawet przespałem większość podróży.

Rano dojechałem do Hyderabad gdzie spędziłem 8 godzin włócząc się po bazarach i zwiedzając zabytki To miasto nietypowe, bo w 40% zamieszkane przez Muzułman. To tak jakby budowle Maroka zmieszać z kolorami i hałasem Indii. Coś niesamowitego. Tu zrobiłem też zakupy. O 22 wsiadłem w samolot i po półtorej godzinie byłej w Bombaju. Nie wiedziałem, co zrobić z noclegiem, ale jak tu w takich krajach bywa, nocleg znalazł mnie sam. Jacyś ludzie zapytali czy szukam miejsca do spania i zaproponowali cenę. Po chwili zgodzili się obniżyć ja o połowę i zawieźli mnie do hoteliku, gdzie dostałem łóżko w sali na 12 osób (w połowie pustej). Było tam bardzo przyjemnie, więc zostałem na dwie noce.

Dzień w Bombaju był bardzo udany. Zwiedziłem kolonialną dzielnicę- jest niesamowita! Brytyjskie budowle robią ogromne wrażanie, zwłaszcza w porównaniu z biedą i prostotą, w jakiej żyłem i z jakiej tak naprawdę w 99% składa się sam Bombaj. Najciekawszym budynkiem był Sąd- prawdziwy sąd, w którym odbywają się rozprawy. Można poczuć się jak w Hogwarcie! Wszyscy chodzą w długich czarnych pelerynach, togach, architektura dokładnie taka, a na ścianach wielkie portrety. Niesamowita atmosfera.

W ciału dnia udałem się także na wycieczkę na wyspę Elefanty Położona godzinę drogi statkiem od miasta. Wyspa kryje piękną świątynie Shivy wyrzeźbioną w skale.

Wieczorem powłóczyłem się jeszcze po straganach a na koniec, jakżeby inaczej, poszedłem do kina. Zapytałem w kasie czy maja coś z angielskimi napisami i okazało się, że nie. Na szczęście usłyszał to jakiś Hindus i powiedział, że film jest bardzo dobry, więc będzie mi tłumaczył. Tak też się stało i bawiłem się świetnie. Potem już tylko nocna jazda taksówką przez centrum i wybrzeże Bombaju... a rano samolot do Warszawy.
 
 

 
 
 
 



Copyright © Michał Braun 2009, Wszystkie Prawa Zastrzeżone