StartBLOGArchiwum Blogów (Instytuty Szkolenia Liderów USA i Kanada)
...............................
Ten blog to zapis mojej wizyty studyjnej w Kanadzie i USA w lecie 2008. Zacząłem od wprowadzenia w temat przez spotkania z trenerami w New Jersey, następnie wziąłem udział w konferencji w Halifaxie w Kanadzie. Pozostałe tygodnie to obserwacja szkoleń w różnych instytutach, a na końcu udział jako trener w szkoleniu Antown Leadership Institute w Missouri. Bardzo ciekawe doświadczenie, podczas które nauczyłem się i zrozumiałem bardzo dużo. Zapraszam do przeczytania mojego bloga z tego projektu!
Wtorek, 01 lipca 2008
Liderzy z Halifaxu
Mojego bloga zaczynam z Kanady, w zeszłym
tygodniu byłem w Halifaxie ( Nova Scotia ) na konferencji- szkoleniu
"Authentic Leadership Institute"- niezwykle ciekawe wydarzenie
organizowane przez Shambhala Institute.
Bardzo dużo się ostatnio dzieje, ale jedna za ważniejszych informacji to fakt,
ze projekt EVS-Wolontariatu Europejskiego, który złożyliśmy razem z Aneta
Popiel, został zaakceptowany! W połowie października jedziemy do Cochabamby na
9 miesięcy!
Ale po kolei...
Jestem w Kanadzie w ramach "wizyty studialnej",
którą przygotowałem, chcąc nauczyć się więcej o kompetencjach przywódczych,
czy, może lepiej to brzmi liderskich i zobaczyć jak w Stanach i Kanadzie szkoli
się młodych liderów. W Polsce zagadnienie jest rzadko poruszane, a w Ameryce
"leadership programs" są bardzo popularne i jest ich mnóstwo. Oczywiście,
zobaczenie Ameryki Północnej było też zawsze moim marzeniem.
Programy wspierania młodych liderów to cos, co chciałbym
robić w Polsce. Pół roku temu zacząłem pisać maile do rożnych szkół i centrów szkoleń
w USA z prośbą o przyjęcie mnie na szkołę letnia w charakterze obserwatora czy
wolontariusza.
Projekt przeszedł znacznie moje oczekiwania i urósł
do dwumiesięcznego wyjazdu w czasie, którego w różnych szkołach będę
uczestnikiem, obserwatorem, a na koniec trenerem.
17 czerwca przylecialem do Nowego Jorku. Oprócz
zwiedzania miasta i świetnego "Chicago" na Broadway'u ( za 20 dolarów!)
Spotkałem się z trenerami młodych liderów w New Jersey. Obaj pracowali w ramach
sieci PyLi, spotkania były ciekawe. Na jedno organizatorzy zaprosili gości,
którzy opowiadali mi o metodach szkoleń. Byłem zaskoczony przyjęciem, a jeszcze
bardziej pierogami, którymi zostałem poczęstowany! Spotkania były dobrym wstępem
do zagadnienia i rozpoczęcia wizyty.
Po 5 dniach poleciałem do Nowej Szkocji w
Kanadzie na wspomniana konferencje. Było niezwykle ciekawie, szybko zrozumiałem,
dlaczego 260 osób z 25 krajów świata, przyleciało na ten tydzień, aby wziąć udział
w szkoleniu. Dodam, ze uczestnikami byli ludzie z bardzo dużym doświadczeniem- głównie
dyrektorzy i managerowie firm. Byłem jednym z najmłodszych uczestników. Na 6
dniowym spotkaniu organizatorzy wykorzystali wszystkie techniki przekazu i zaangażowania
uczestników.
Oprócz warsztatów z coachingu ( który wybrałem spośród
wielu innych możliwych) prowadzonych przez profesorów i zawodowych coachów, mieliśmy
zajęcia z medytacji, akido (zaskakująco metaforycznie), teatru i wielu innych.
Cala idea jest o tyle inna ( a większość uczestników mowie, że jedyna w swoim
rodzaju), ze koncentruje się na szkoleniu nie tyle podstawowych kompetencji liderów,
co kształtowaniu ich jako ludzi. Organizatorzy skupili się na duchowej stronie
naszej natury ( dwa razy dziennie zajęcia z medytacji) i rozwoju osobistym.
Niesamowite było doświadczenie bycia traktowanych na równi przez ludzi z
wielkim doświadczeniem, wiele starszych. Długo zostanie mi tez w pamięci zbiórka
pieniędzy na stypendia dla uczestników, którzy nie mogą sami opłacić
konferencji. Zwykle stypendia, które dostajemy są zupełnie anonimowe, a tu widać
było wspólnotę ludzi, którzy wierząc, ąe zdanie młodych jest ważne i ich
uczestnictwo jest dobre dla instytutu, przeznaczają na ten cel często niemałe
sumy pieniędzy.
Więcej o konferencji na
www.shambhalainstitute.org/institute/home.html
Niedziela. 06 lipca 2008
Rodzinnie
Z Halifaxu poleciałem do Montrealu gdzie spędziłem
kilka dni z rodzina o potem udałem się do Buffalo tym samym celu.
Ostatnie dni, więc to odpoczynek i zwiedzanie...
Spotkanie wielu osób z Polonii
Amerykańskiej, zobaczenia jak wygląda tu codzienne życie, i oglądanie pokazu
fajerwerków 4 lipca to bardzo ciekawe doświadczenia!
Wtorek, 08 lipca 2008
Tilden 2900... Pokoje ambasady
Jestem w Waszyngtonie. Na przyjazd tu cieszyłem się z kilku
względów- po pierwsze, dlatego, ze tu zaczynam to, dlaczego na prawdę
przylecialem do Stanów- czyli obserwacje warsztatów (tutaj dla studentów
American University), po drugie oczywiście dla samego miasta, a po trzecie
dlatego, że ( jak myślałem) udało mi się przekonać ambasadę RP, zęby pomogła mi
w realizacji projektu przez zapewnienie mi darmowego zakwaterowania.
Do ambasady pisałem już dawno. Opisałem cala sytuacje i poprosiłem
o pomoc. Projektem zainteresował się niejaki profesor Rabczenko i obiecał się zorientować
czy może zapewnić zakwaterowanie. Po wielu mailach i rozmowie telefonicznej udało
się. Byłem zadowolony, ze nie tylko ludzie z Ameryki uważali mój pomysł za
dobry, ale zainteresował się tez ktoś z kraju. Oczywiście wyobrażałem sobie, ze
pokoje gościnne ambasady będą w niezłym standardzie...
Chyba ostatni rok spędzony za granica pozwolił mi trochę zapomnieć
o realiach naszego kraju...
Przyjeżdżam rano do Waszyngtonu i idę pod wskazany adres. Wokoło
ładne budynki i ambasady. Ale adresu z kartki znaleźć nie mogę... Wreszcie zapytałem
strażnika ambasady Kuwejtu i wskazał mi na, dosłownie- zarośla na rogu ulicy.
Przyjrzałem się, i rzeczywiście pod brudem i liśćmi widać było numer 2900. Wygląda
to jak budynek administracyjny na PRLwskim kempingu. Ogródek brudny, plot zardzewiały,
dom... Lepiej nie mówić. Nikogo nie ma. Zapukałem do jednych z drzwi.. nic.
Naciskam na klamkę, drzwi się otwierają i wchodzę do jakiejś sieni- na podłodze
wpół wypita Finlandia, pusta butelka po soku. Poza tym rożne starocie. Okazało
się, że mieszka tam pracownik ambasady. Zadzwonił po kogoś, żeby mi otworzył mój
pokój. Po jakimś czasie zjawił się pan z kluczem ( wcześniej ten pierwszy ponarzekał
ze dach przecieka) Zaprowadzili mnie do "hoteliku"- jak to nazwali.
Jest tam kilka pokoi, łazienka ( w prysznicu nie ma cieplej wody - ciepła jest
tylko w wannie) i kuchnia. Śmierdzi papierosami. Wszystko jak w najstarszych
PTTKach. Na koniec powiedział "czy może Pan teraz uregulować należność".
Dodał, ze noc kosztuje 30 dolarów. Nie wiedziałem najpierw czy to jakiś żart...
Zadzwoniliśmy do profesora Rabczenko. Przypominam mu nasza sprawę, a on na to
"musiało zajść nieporozumienie, ambasada nie może świadczyć tego typu usług".
Odpowiedziałem mu, ze moim zdaniem ambasada nie tylko może, co nawet powinna
świadczyć usługi wspierające obywateli, a zwłaszcza studentów. Nic to nie dało,
ale na stan wiedzy profesora mam zapłacić tylko 15 dolarów... Zastanawiałem się
czy nie przenieść się do hostelu, ale uniwersytet, na którym mam teraz
warsztaty jest bardzo blisko tego miejsca, poza tym hostel byłby i tak droższy.
Zostałem.
Szkoda tylko, ze Pan profesor, nie doczytał do końca żadnego
z moich maili, w których zaznaczałem, o co chodzi w mojej prośbie.. i szkoda,
ze jednak nie udało mi się dostać, żadnej pomocy ze strony Polskiej. Nie mowie,
już ze do tego budynku przyjeżdżają tez czasem jacyś goście- na pewno nie najważniejsi,
ale jednak.
Odkąd przylecialem do Stanów mieszkałem
już w kilku rożnych miejscach. Zacząłem od ludzi poznanych przez
couchserfing.com- stronę dzięki, której można za darmo nocować u ludzi należących
do tej "internetowej społeczności" (strona podobna do hospitalityclub
). Najpierw była czarna 40 letnia nauczycielka- bardzo ciekawa osoba. Potem
dziewczyna w moim wieku, która na każdym kroku chciała udowodnić mi (i sobie zapewne)
jak bardzo jest nowojorką. Pierwsze zdanie, które od niej usłyszałem to..
"nosisz sandaly??? mmm... Prawdziwi nowojorczycy nigdy nie noszą sandałów..."
Wtorek, 15 lipca 2008
DC
Pobyt w Waszyngtonie był bardzo udany. Samo
miasto jest bardzo przyjazne- do wielu miejsc można dojść na piechotę. Do tego
jeszcze wiele miejsc znanych z filmów i zdjęć i wspaniale muzea - w większości
za darmo ( maja nawet kawał muru berlińskiego!)
Przez 3 dni obserwowałem pracę Roberta Pruitta z
National Student Leadership Conference na American University. Poza tym, co zobaczyłem
w Halifaxie, nie widziałem jeszcze tak charyzmatycznego i pełnego energii mówcy.
Zajęcia, które prowadził były niesamowicie wciągające. Bardzo inspirujące doświadczenie:)
Piątek, Sobota, 12 lipca 2008
The "n" word...
Spędziłem 3 dni w ST. Louis Missouri...
Atmosfera była zupełnie inna niż w poprzednich
dniach i poczułem się dość zmęczony tym wszystkim. Wziąłem udział w szkoleniu
dla kadry obozu "Anytown Leadership Institute”, na którym będę trenerem za
3 tygodnie. Szkolenie okazało się mieć nieco mniej wspólnego z samym zagadaniem
szkolenia, liderów, co raczej szkoleniem o dyskryminacji i opresji. Atmosfera były
dość ciężka- organizacji miała właśnie duże zmiany kadrowe i dyrektorzy nie odnaleźli
się jeszcze w nowej roli.
Mimo to było bardzo ciekawie. Po pierwsze grupa
"facylitatorów" w założeniu jest zebrana tak, by przedstawić jak największe
spektrum różnorodności. Poza głównym trenerem jestem, że jedynym "białym, heteroseksualnym
mężczyzną z pochodzeniem europejskim"(jedynym obcokrajowcem) - co jest
traktowane jako grupa najbardziej uprzywilejowana.
Dwie najciekawsze sytuacje:
Ja i dwie czarne ( tutaj to ważne) dziewczyny pracowaliśmy
w grupie w ramach ćwiczenia, w którym mieliśmy się zastanowić nad zachowaniami uczestników,
którzy utrudniają prace i nad tym jak sobie z nimi radzić. Jedna z dziewczyn mówi
" a co jeżeli ktoś użyje "the "n" Word?"( Słowo na
"n"). Nie bardzo załapałem, wiec pytam, co o znaczy. Dziewczyna się
bardzo speszyła i prosi koleżankę żeby powiedziała. Ta tez nie chce i mówi, ze
nie chce tego słowa mówić głośno. Dopiero po chwili załapałem, ze chodzi
o "NEGRO", które co prawda znaczy po hiszpańsku "czarny”,
ale używane było w Stanach w negatywnym kontekście. Wiedziałem, ze słowo
ma taki kontekst, ale nie miałem pojęcia, ze aż do tego stopnia! Studiując w
Pradze miałem zajęcia z historii Stanów i profesor używał słów "back"
i "negro" zamiennie, ale był on w Stanach 20 lat temu..
Drugie zdarzenie:
Robiliśmy ćwiczenie, które znalem z Amnesty
International- jedno z popularniejszych i prostszych pokazujących jak rożny
start maja ludzie z rożnych środowisk. Uczestnicy staja w rzędzie, prowadzący
czyta zdania, jeżeli uczestnik się z nim zgadza robi krok w przód lub w tył-zależnie
od pytania. Dla przykładu- "Jeżeli ktoś w Twojej rodzinie ma wyższe wykształcenie
zrób krok w przód", "Jeżeli kiedyś nie mogłeś zaspokoić głodu z
powodu braku pieniędzy, krok w tył". To ćwiczenie zrobiło na mnie wrażenie
w Warszawie, mimo, ze nie było miedzy nami ogromnych różnic i byli ludzie, którzy
stali w rożnych miejscach, z przodu, pośrodku, z tylu... Sytuacja tutaj wyglądała
tak, ze w wyniku ćwiczenia podzieliliśmy się na dwie grupy, bez nikogo pośrodku.
Rozejrzałem się dookoła i okazało się ze z przodu są tylko biali, z tylu -
tylko czarni..
Sobota, 12 lipca 2008
Champaign i piwo
Po trzech godziny jazdy autokarem ( ucząc się hiszpańskiego...)
na północ zalazłem się w Champaign w stanie Illinois.
Odebrał mnie z dworca chłopak poznany przez
hospitalityclub. I od razu mój humor się zmienił- okazało się ze świetnie się
dogadujemy, poszliśmy do baru na piwo i gadaliśmy pół nocy. Dauglas studiuje
rosyjski ( robi doktorat)i uczył się trochę polskiego.
Dziś obserwowałem PYLi Leadership Institute dla młodzieży
licealnej organizowany przez Fundacje United Way. To właśnie to, czego
najbardziej szukałem. Było bardzo ciekawie- zostaje tu jeszcze 3 dni wiec zapowiada
się świetnie. To szkolenie i metody, które można by łatwo przełożyć na polskie
warunki i organizować bez znacznych środków finansowych. Po południu Doug pokazał
mi miasto a wieczorem idziemy na obiad z jego znajomymi.
Pogoda jest idealna!
Wtorek, 15 lipca 2008
Champaign-Chicago
4 dni w Champaign minęły szybko i owocnie. Spędziłem
dużo czasu z Dauglasem, który pokazał mi miasteczko i okolice.
Szkolenie, które obserwowałem, było dokładnie tym,
po co przyjechałem. Może nie zbyt skomplikowane ale przeznaczone dla uczniów liceów
i nastawione na "community service leadership"- czyli podwyższanie aktywności
młodzieży w działaniach na rzecz regionu. Szkolenie przeprowadzone było w
ramach projektu PYLI- Points of Light Foundation. Może uda się pozyskać niektóre
materiały, albo dostać pozwolenie na korzystanie z całości scenariusza.
W czwartek wsiadłem w autobus do Chicago- tam miałem
tylko wieczór i noc, wiec spacerowałem po mieście przez kilka godzin. Robi wrażenie...
Zwłaszcza po malutkim Champaign (wielkości Chęcin). Wczoraj rano wsiadłem w
samolot i polecialem do Columbus w stanie Ohio.
Sobota, 19 lipca 2008
Baseball i Indianie w Ohio
Pobyt tu, to zupełna zmiana planów. W Halifaxie poznałem
rodzinę Cass- i z cala trojka ( Phil, Laura i Rachel- ich 25 letnia córka) od
razu się bardzo polubiliśmy. Do tego stopnia, ze zaprosili mnie do siebie (plącąc
za bilet).
Tak wiec, przylecialem do Columbus. Phil zabrał
mnie wczoraj na mecz baseballa...! Było naprawdę świetnie, rozumiem, już mniej więcej
zasady gry:) Poza tym Phil, i jeszcze jeden mężczyzna poznany w Shamhali
starali się mnie zapoznać z kultura amerykańska kupując hot-dogi, piwo i lody.
Kilka ciekawych scen... po pierwsze kupiony hotdog to tylko bulka i parówka,
potem trzeba sobie samem nałożyć cebuli, ketchupu/musztardy. W przerwach miedzy
zmianami drużyn, dzieją się rożne rzeczy, by zabawić publiczność- oprócz
piosenek, które wszyscy znają, mogliśmy zobaczyć wyścig ludzi przebranych za
hot-dogi i zostać ostrzelani z armaty plującej koszulkami drużyny...! super!
Dzisiaj pojechaliśmy oglądać pozostałości po
indiańskiej osadzie. Bardzo ciekawa sprawa- byli to Indianie sprzed
2000 lat, kultura, która z niewiadomych dzisiaj przyczyn budowała coś, co
wygląda jak małe pagórki- w niektórych są groby w innych nic- a wszystko to
tworzy skomplikowane kształty.
Następnie, w ramach dalszego odkrywania Ameryki zjedliśmy
lunch, w Drive-in. Ta forma jedzenia zanika już w Stanach, ale była kiedyś
bardzo popularna. O ile drive-through znamy z McDonalda- tutaj wjeżdża się na
specjalny parking, zamawia przez mikrofon- po tym kelner/ka przynosi i można
się delektować smakiem hamburgera i coli nie ruszając się ze swojego pięknego
samochodu! Robią to cale rodziny...! Świetny pomysł na sobotni obiad,
prawda?
Batman w restauracji
Pobyt u Cass'ow był świetny. W niedziele poszliśmy
do kina na nowy film o Batmanie. Wybraliśmy się do MOVIE TAVERN.
Movie Theater, czyli nasze kino to już przeżytek!
Nowa amerykańska moda to kina gdzie każdy ma fotel i stolik ( blat cos na kształt
tego w samolocie, tylko ze o wiele większy) Na sali są kelnerzy i w czasie
filmu ludzie wcinają różne amerykańskie smakołyki ( nie można zmarnować szansy,
żeby troszkę przybrać na wadze!).
Wtorek, 22 lipca 2008
10 000
Z Ohio poleciałem rano do Denver, Kolorado, gdzie
złapałem busa do Leadville. Tutaj spędzę najbliższe 8 dni, obserwując szkolenie
dla liderów połączone z wyjściem w góry. No właśnie- jesteśmy w niesamowitym
miejscu- 10 000 stop nad poziomem morza, czyli około 3000 metrów. A przez okno widać
dwa najwyższe, szczyty Gór Skalistych - 4,5 tysięczniki.
Muszę pójść wcześnie spać. Zaczynam
aklimatyzacje, mam dużo pić i nie przejmować się za bardzo lekkim bólem głowy.
Wtorek, 29 lipca 2008
Złoto i góry
Leadville to miasto, które kiedyś
było jednym z większych ośrodków górniczych. Wydobywano tu miedzy innymi srebro
i złoto oraz LED (jak nazwa wskazuje). Małe domy podobne do tych z westernów,
tylko ze murowane. Jest mnóstwo sklepów z antykami ( a tam kowbojskie kapelusz-
stetsony, kowbojskie ubrania, bron i mnóstwo rupieci z "dzikiego
zachodu") robi świetne wrażenie i pozwala poczuć zapach historii!
Pobyt w High Mountain Institute był
bardzo przyjemny. W porównaniu z innymi ośrodkami miałem dość mało zajęć
(czasem nawet jedna- dwie godziny dziennie) a poza tym wolny czas i darmowy
pobyt. Christofer, który mnie zaprosił, był pierwsza osoba, która odpowiedziała
na moje maile, jeszcze w styczniu. Bardzo mi to pomogło.
Dziś poszliśmy w góry. Trzeba było
wstać o 3 rano. Razem z jednym z praktykantów- Matte pojechalismy wielkim
furgonem GMC, słuchając country... Przez pierwsza godzinę szliśmy używając naszych
latarek- czołówek- i musze przyznać, ze to było moje najcięższe podejście w życiu.
Zaczęliśmy od 3000 metrów nad poziomem morza. Zwłaszcza na początku marszu
bardzo się czuło, ze w powietrzu jest mniej tlenu, a szybkie oddechy powodowały
tylko większe zmęczenie. Po godzinie odnaleźliśmy oboz grupy z HMI (grupa młodzieży
licealnej) i razem z nimi poszliśmy wyżej. Tam było łatwiej ( szliśmy tez nieco
wolniej no i jednak o 8 rano organizm lepiej działa niż o 4...)
Nie udało się wejść na sam szczyt
Mt Shaveno, ale doszliśmy do grani - 4080 metrów n.m.p. co i tak jest moim
rekordem. Zawróciliśmy z powodu zmiany pogody, ale musze przyznać, ze byłem
totalnie wykończony...
Środa, 24 września 2008
How
he and she opress zi.
Wracając z gór, spędziłem trzy dni w Denver ( bardzo
przyjemnie spędzony czas), a później udałem się, do Columbi w Missouri. Stamtąd
zabrano mnie do Jefferson City do centrum konferencyjnego Rickman Center gdzie
miał się odbyć obóz „Anytown Leadership Institute”.
To był mój ostatni przystanek, a zarazem najbardziej
wymagający- miałem być jednym z prowadzących zajęcia. Obóz nie miał nic
wspólnego ze szkoleniem dla liderów. Zajęcia dotyczyły dyskryminacji,
konkretnie – opresji. Te 10 dni warte są szczegółowego opisania…
W kursie uczestniczyło 40 licealistów z Missouri. St. Louis
to jedno z najbardziej posegregowanych rasowo miast w dzisiejszej Ameryce,
dlatego też grupa składała się z ludzi z bardzo wielu środowisk. Były tam białe
dzieci prawników, ale i czarni członkowie gangów ze wschodniej części miasta.
Tę grupą opiekowało się 20 prowadzących (w tym ja),
obserwator z organizacji koordynującej i „process consultant”- czyli pani
psycholog. Ludzie Ci byli w większości bardzo młodzi i praktycznie w ogólne
niedoświadczeni. W większości byli po prostu na zeszłorocznej edycji programu.
Idea obozu była bardzo dobra i na pewno potrzebna. Rozmowy
o seksizmie czy rasizmie są bardzo potrzebne. Zwłaszcza w USA gdzie podziały
rasowe w wielu miejscach widać bardzo mocno. Młodzież często zamknięta jest w
swoich grupach i nie ma kontaktu z innymi, żyjąc w uprzedzeniach.
Program obejmował ćwiczenia popychające do dyskusji,
myślenia…
W samej grupie widać było osoby nastawione bardzo
homofonicznie (mieliśmy w grupie osoby- jak to nazywane z „GLBTQAP Community”-
Gey, Lesbian, Bisexual, Transgender, Questioning, Asexual, Pan Sexual. Inaczej
nazywane „Queer”- słowo to nie ma już pejoratywnego charakteru i wiele osób je
promuje). Mieliśmy dwie osoby należące do gangu z „Blood Hands”. Jeden z nim
miał dziewczynę, która była mu totalnie podporządkowana (do tego stopnia, że
prosiła o pozwolenie na odezwanie się na forum grupy)
Z pierwszego wyglądało to ciekawe. Młodzi dyskutowali,
wielu widać, że naprawdę pierwszy raz miała kontakt z młodymi z innych klas.
Szybko jednak okazało się, że filozofia organizacji jest znaczenie głębsza.
Wychodzono z założenia, że wszystkie relacje społeczne warunkowane są przez
„przywilej i opresję”. Grupy uprzywilejowane uciskają inne. Na przykład:
Seksizm definiowany był nie jako dyskryminację ze względu na płeć, ale ucisk
kobiet przez mężczyzn. Rasizm: ucisk „the people of color” przez białych.
Pierwszego dnia ktoś i powiedział, że będąc jednym
białym-heteroseksualnym-mężczyzną-pochodzenia europejskiego w drużynie
prowadzących ( poza głównym koordynatorem), będę w najtrudniejszej sytuacji. I
rzeczywiście… Wiele moich komentarzy kwitowane było tylko – It is just your
privilege to say so…(To tylko Twój przywilej, żeby tak mówić)
Wiele osób odczuło, że program wywierał wpływ na
ludzi, wzbudzając poczucie winy i wstyd u osób „uprzywilejowanych”.
Ducha obozu oddaje następująca sytuacja. Mieliśmy
dwóch głównych koordynatorów projektu ( co-directors). Czarna dziewczyna i
biały chłopak. June była bardzo energiczną dziewczyną… mmmm… to tak bardzo
politycznie poprawnie powiedziane… June była po prostu najbardziej nerwową
dziewczyną, jaką poznałem. Mimo, iż była liderem grupy płakała prawie
codziennie krzycząc, wyzywając i wybiegając z sali spotkań grupowych. Will był
jej przeciwieństwem prawie we wszystkim- a do dochodził widoczny po nim ciężar
przywileju, z którym próbował się pogodzić. Pewnego dnia na spotkanie
prowadzących (process meetings – mieliśmy je dwa razy dziennie) omawialiśmy
kolejny raz jakąś sprawę. Will jak za zwyczaj prawie się nie odzywał. Zapytałem
go: ,,Will znamy opinię June i większości członków grupy. Jesteś, co-dyrektorem
tej drużyny, czy mógłbym usłyszeć, co ty o tym myślisz? Może masz jakieś
rozwiązanie?”. Zanim Will odpowiedział usłyszałem od pewniej osoby (chciałem napisać
dziewczyny, ale była to osoba transgender woląca „gender neutral pronoun” czyli
zamiast „he” czy „she” zwracać się do niej najlepiej per „zi”) „Michał, czy
wiesz co teraz robisz? Znowu chcesz zrobić z białego mężczyzny bohatera!”. Na
początku myślałem, że to żart… o nie, to właśnie Anytown!
Ćwiczenia, co prawda popychały do dyskusji, ( ale i do
płaczu, trzaskania drzwiami, a w końcu do wyjazdu 3 uczestników i jednej
prowadzącej), ale były tak skonstruowane, by udowodnić system ucisku. Chłopców
pytano, więc czy kiedykolwiek uderzyli dziewczynę, a dziewczyn, czy
kiedykolwiek były bite lub czy kiedykolwiek nakładały makijaż czy odchudzały
się, tylko po to, aby zadowolić partnera.
Trudno w tekście oddać atmosferę szkolenia i to, co
dokładnie tam zaszło. Ważne, że całe szkolenie jest pewną przestrogą dla mnie i
pokazuje ciekawe zjawiska społeczne. Problem seksizmu, rasizmu, homofonii,
agizmu i wielu innych ( mówiliśmy o zjawiskach zwanych „ableism”- dyskryminacja
mniej sprawnych, lub ludzi z niepełnosprawnościami, „lookism”- wygląd,
„religionism”, „genderism” etc) są obecne w naszych społeczeństwie. I nie
zgodzę się ze autorami ( ostatnio w swej książce o przyszłości Europy napisał o
tym Vaclav Klaus ), którzy wszystkie „izmy” wrzucają do jednego worka i
nazywają niepotrzebnym wymysłem naszych czasów. Akcji uświadamiających
potrzebujemy- nawet bardzo, bo jesteśmy otoczeniu seksistowskimi sygnałami-
wystarczy przekartkować większość gazet i zobaczyć jak przedstawione są
kobiety. Nie myślę nawet o reklamach, ale sytuacjach i świetle, w jakim są
często pokazywane.
Jak trudno jednak znaleźć ten „złoty środek”!
Po powrocie do Polski, przemyśleniu wszystkiego i
konsultacjach z rodziną i znajomymi napisałem długi list, w którym opisałem
sytuacje i rzeczy, z którymi nie zgadzam się i uważam, że organizacja powinna
się im przyjrzeć. Co prawda odpowiedziały mi tylko trzy osoby ( nie zgadzając
się ze mną ani w jednej kwestii ) to w po dwóch tygodniach dostałem mail od
NCCJSTL z podziękowaniami i zaproszeniem do grupy „Task force” do spraw zmiany
programu szkolenia. Co prawda nie mogę pojawić się teraz w Stanach to cieszę
się bardzo, że moje uwagi spotkały się z takim odbiorem ze strony organizacji.
Więcej zdjęć w zakładce Galeria.
Aktualności:
(29/04/2010)
Zostałem wybrany prezesem Centrum Wolontariatu
w Kielach. Dziękuję za zaufanie!
(25/04/2010)
Szkolenie Liderzy Zmian zakończone!
Uczestnicy zadowoleni:)
(10/03/2010)
Prowadzę szkolenia w ramach Młodzieżowej
Akademii Leadera w Łagowie i Baćkowicach. Projekt: